niedziela, 12 grudnia 2010

Grudniowo

W końcu wyrosła nasza długo oczekiwana trawka. Na tyle bujna, że nie czuć już licznych kamieni, które panowie ogrodnicy oczywiście musieli po jej posianiu zostawić na posesji. Dziewicze koszenie już za nami. Poniższa dokumentacja jest z 23 listopada:



W sobotę 4 grudnia zrobiliśmy sobie wycieczkę na Coromandel. Część pierwsza - snorklowanie niedaleko Cathedral Cove - była średnio udana, ze względu na bardzo słabą podwodną widoczność. Pewnie w innej porze roku trzeba tam rybki zwiedzać. Ale widoczki nad wodą ładne.



Część druga - bodybordowanie na plaży w Whangapoua - była bardzo udana. Fale były średnio wysokie i krótkie, ale dość silne. Marti trochę wymiękała, ale Tadek łapał je jak prawdziwy pro ;>





Powrót przez bagienka:

poniedziałek, 22 listopada 2010

Błękitna rzeczka

Niedaleko Hamilton, obok miejscowości Putaruru, znajduje się trasa spacerowa Te Waihou Walkway. Wiedzie ona wzdłuż niesamowicie niebieskiej i czystej rzeczki Waihou. Stamtąd pompuje się wodę pitną dla pobliskich miejscowości, a lokalesi przychodzą z butelkami nabierać sobie darmowej źródlanki.

Rzeczka jest niebieska poniekąd z powodu swej czystości, ale nam się wydaje, że to przez bialutki piasek na dnie. W celach badawczych sami do niej wleźliśmy i przeprowadziliśmy dokumentację podwodno-nadwodną z tej ekspedycji.

Oto nasze wnioski badawcze:
- Woda źródlana ma 13 stopni C - nie można siedzieć za długo bo grabieją paluchy
- W rzece mieszkają pstrągi i raki
- Ciężko się pływa pod prąd, a zwłaszcza bez płetw
- W Nowej Zelandii jest mało ludzi (w weekendowe popołudnie spotkaliśmy w tym miejscu przez 3 godziny jedynie 8 osób).
- Wszelkie wzburzane przez nas paprochy znikają po paru sekundach z prądem rzeki

Na brzegu rzeki znaleźliśmy 'Blue Hole' - otoczone palmprociami miejsce gdzie rzeka jest bardzo głęboka i skąd pobierana jest woda pitna.

Zapraszamy do galerii (tradycyjnie już, wystarczy kliknąć na dowolne zdjęcie).

sobota, 13 listopada 2010

Powakacyjnie

Ponad dwa tygodnie kisiliśmy te zdjęcia z wakacji, ale żeby je przebrać i podrasować trzeba było trochę czasu. Bo poziom trzeba trzymać, co nie.

Główne atrakcje naszego wyjazdu to:
- Nurkowanie z rekinami
- Nurkowanie bez rekinów
- Nie chodzenie do pracy
- Zjeżdżanie po linach w dżungli
- Moknięcie w tropikalnym deszczu
- Kajakowanie po mulistej rzece
- Straszenie żab wokół ośrodka
- Polowanie na nietoperze (niestety nieudane, zdjęć nie mamy bo uaktywniają się dopiero o zmierzchu)
- Lenienie się
- Psikanie się sprejem na komary

Fotek aż tyle, że musieliśmy podzielić je na 4 galerie. Po kliknięciu na zdjęcie ujawi się strona z owymi galeriami. Można też na skróty: Galeria I - II - III - IV / Wersja Mini (Skrócona)

czwartek, 4 listopada 2010

Trawnik

Wreszcie doczekaliśmy się zagrabionego ogródka. Zajęło to developerowi "zaledwie" 10 tygodni! Wow... Żeby było zabawniej, nasi sąsiedzi już parę tygodni wcześniej cieszyli się płaską nawierzchnią z wschodzącą już trawką. Przynajmniej miał tyle przyzwoitości, żeby przyjść przeprosić.

Teraz trwa więc akcja nawadniania nowego trawnika.

niedziela, 17 października 2010

Podglądanie kiwiarzy w sobotę

Tym razem mała galeria z sobotniej plażowej wycieczki. Zamiast zanudzać Naszych Czytelników setnym zdjęciem Marty i Tadka na rowerach, tym razem trochę zdjęć tubylców.

Uwaga dla zestresowanych Mam - nie, to nie my na tych paralotniach zwisamy (...jeszcze)! Galeria po kliknięciu na zdjęcia.

poniedziałek, 11 października 2010

Srają muchy, idzie wiosna, będzie trawa szybciej rosła

Rozpoczynamy tym słynnym cytatem Mickiewicza, bo tutaj już jakby kwiecień. Drzewka wypuściły jasnozielone listowie, słonko świeci, a w falach podtapiają się znowu polscy bodyboarderzy. Temperatura wody zmierzona ręcznie to 17 stopni. Nawet czas nam się przesunął lekko. Teraz 11 godzin różnicy mamy (aż się Polska na zimowy przestawi, wtedy będzie 12 godzin).

Zdołaliśmy złapać jeszcze ostatki zimy na Mount Ruapehu, doskonaląc nasze zjazdy na snowboardzie. Zachwyceni postępami odważyliśmy się zjechać z trasy innej niź ośla łączka. Z trupimi czachami w oczach pokornie zaraz jednak na nią wróciliśmy, bo stromość za duża. Na zdjęciach nasze cool popisy - umiemy zjeżdżać przodem i tyłem do stoku, wyglądać luzacko stojąc z deską oraz napodawać na desce ostre gitarowe rify. Teraz bardzo bolą nas mięśnie. A pyski mamy czerwone od słońca. Au.


sobota, 18 września 2010

Nowa Chata

Dawno nic nie pisaliśmy, bo się przeprowadzaliśmy.

Nowa chałupka leży w części zachodniej miasta, tzn po przeciwnej stronie rzeki niż poprzednia, za to po tej samej co szpital. Mamy do pracy 15 minut (poprzednio 10). Pakowanie tobołków zajęło nam cały tydzień, kolejny tydzień sprzątanie starej chaty. Nareszcie możemy się jednak zrelaksować w nowym lokalu.

Cechy nowego domku:

1). Bycie bliżej wyjazdówki z miasta na Raglan, bliżej centrum sklepowego Te Rapa (Marti szczęśliwa bo ma tam Body Shop i sklep z garnkami)
2). Nieprzemakanie dachu w deszczu, nie-hulanie wiatru po kątach
3). Dalej od uczęszczanej szosy
4). Widok na gąszcz habazi z gościnnie występującymi ptaszynami, brak widoku na okna sąsiada
5). Sufity bez pleśni, za to ogród ze śmieciami (obiecują zasiać trawkę jak przestanie codzień kurna padać).

Podsumowując, mieszka się znacznie przyjemniej. Nie możemy sobie przypomnieć czemu tak długo w poprzednim baraku mieszkaliśmy...

Z innych nowości (teraz będą literki)
a). Martka hoduje w dzbanku kefir zainicjowany grzybkami z saszetki, a teraz żyjący własnym kefirowym życiem. Pycha!
b). Kiwi narzekają, że to najpaskudniejsza zima od lat - bo pada już cały tydzień. Nie byliśmy pod wrażeniem, bo 2 x przymrozki to pikuś. Ale wczoraj napadało gradem! Zdjęcie w galerii.

A teraz czas na dokumentację fotograficzną nowego domu. Kliknąć należy na fotkę, a galeria się ukaże.

Edit: Żeby było jasne, nie kupiliśmy tego domku, dalej wynajmujemy :)

poniedziałek, 23 sierpnia 2010

Mount Ruapehu

Mały przerywnik w zanudzaniu Naszych Czytelnikow milionem zdjęć z letniej Polszy. Dla odmiany - trochę zimy, czyli dwa nieboraki przyczepione do desek przewracają się na śniegu. Narty oboje mamy obcykane (khem khem...), więc aby było wyzwanie, potrzeba było nowej dyscypliny. Padło na snowboard, bo a). jest równie cool co bodyboarding, b). szansa wywichnięcia se kolana mniejsza c). sanki są zbyt passe i nie zrywają beretu.

W samym centrum Wyspy Północnej Nowej Zelandii znajduje się duży wulkaniczny 'cycek' o wysokości 2700 metrów, na którym w zimie jest śnieg. Nazywa się Mount Ruapehu. Na tym śniegu zmontowano całkiem sprawnie zorganizowane trasy zjazdowe dla narciarzy, snowbordziarzy i saneczkarzy. Dodatkowo w każdym kiblu wiszą instrukcje co robić w razie erupcji wulkanicznej ("Duck and cover!").

Dojazd zajął nam z Hamiltonu ok. 2 h 40 min. Na miejscu wykupiliśmy karnecik na oślą łączkę, czyli 'Happy Valley' i wynajęliśmy sprzęt snowboardowy (hełm kosmonauty, śmierdzące botki, dechę w dechę, i usztywniacze nadgarstków, coby nam się nie złamały). Wykupiliśmy również lekcję u pana, co nam powiedział jak się zatrzymywać.

Na zdjęciach można podziwiać nasze pierwsze wyczyny: jazda powoli do przodu, jazda trochę szybciej do przodu, przewracanie się w panice, siedzenie na wyciągu.

sobota, 21 sierpnia 2010

Woda, zamki i hulanki w Małopolsce

Kolejna porcja zdjęć z naszej wyprawy do Ziemi Ojczystej. Wraz z Ziemowitem i Anetą dotarliśmy w przyjemnie klimatyzowanym schronie na Żywiecczyznę, a potem aż het nad Zalew Czorsztyński. Tam w cieniu pradawnych zamków oddawaliśmy się pluskaniu i odpoczywaniu. Zaliczyliśmy również spływ Dunajcem, którego głównymi atrakcjami były ładne widoczki, gburowaci flisacy i boląca od twardej ławki dupa. W ramach aktywnego spędzania czasu wspięliśmy się następnie na położoną na Słowacji Bardzo Wysoką Górę "Lomnický štít" (przy pomocy kolejki linowej - bo frajerzy nie jesteśmy!).

Tadek wypróbowywał swój najnowszy prezent - teleobiektyw. Ściągał nim co dalsze obiekty i ludzi. Pełna dokumentacja ujawi się po kliknięciu na poniższe obrazki (zdjęć jest aż 62, z czego najładniejsze na końcu :D).

sobota, 7 sierpnia 2010

Hong Kong Pękł

Nasz pobyt w Polsce minął jak z bicza strzelił... super było zobaczyć Was wszystkich :) dziękujemy też za wyrozumiałość w naszych trudnościach organizacyjnych. Czasu niby było dużo, ale tak naprawdę mało i nie wszystkie plany udało się zrealizować.

Tymczasem musimy zacząć zamęczać znowu naszych Drogich Czytelników relacją zdjęciową. Jest tego bardzo dużo, więc danie serwować będziemy mniejszymi porcjami.

Na początek nasza wizyta w Hong Kongu. Zatrzymaliśmy się tam przelotem z Nowej Zelandii. Po 10-cio godzinnym locie mieliśmy bowiem jakies 7 godzin przerwy przed kolejnym lotem do Frankfurtu. Na szczęście na polskim paszporcie można dostać na gębę turystyczną 90-cio dniową wizę przy wejściu. Zwiedziliśmy jedynie mały kawałek tej ponad 6-cio milionowej metropolii, jako że w tle mieliśmy cwany plan zakupu osprzętu fotograficznego po okazyjnej cenie (w sklepiku w Mong Kok). Plany niestety nie zrealizowane, bo ku naszemu zaskoczeniu, ceny dla turysty były wyższe nawet niż w Polsce. Ale wrażenia z wycieczki spore.