Zaczęliśmy od zakupu wypaśnych desek z przeceny. Obowiązkowa czacha i napis 'No Fear' dodawał nam odwagi i utwierdzał nas w słusznym przekonaniu, że wyglądamy dosko. Potrzebne były też małe płetwy. W nich wyglądaliśmy już trochę mniej czadowo.
Na plaży roiło się od surferów. Koło nas rozłożył się też dziadek zmarszczak ze swoją mniej wypaśną boogie-deską (bez czachy). Przy pierwszym podejściu Tadkowi udało się złapać niezłą falę, a Marcie wlało się morze do nosa. Za drugim razem było już lepiej. Parę razy fala poniosła nas aż na brzeg, a my piszczeliśmy z uciechy wywołując pełne politowania spojrzenia "prawdziwych surferów". Buraki.
Teraz mamy zakwasy w miejscach gdzie oficjalnie nie ma mięśni.
Na zdjęciach dokumentacja akcji - kliknij aby przejść do większej galerii.









