poniedziałek, 22 lutego 2010

Bodyboarding

Po ciężkich przejściach w szkole surfowania (Raglan we wrześniu) postanowiliśmy spróbować surfingu dla leszczy, czyli body boarding'u (tzw. boogie boarding). Zabawa polega na tym samym co surfing, ale deska jest mniejsza i lżejsza, a cielsko leży wygodnie na niej, zamiast się podnosić i stać. Leżeć to my umiemy - więc nie powinno być problemu!

Zaczęliśmy od zakupu wypaśnych desek z przeceny. Obowiązkowa czacha i napis 'No Fear' dodawał nam odwagi i utwierdzał nas w słusznym przekonaniu, że wyglądamy dosko. Potrzebne były też małe płetwy. W nich wyglądaliśmy już trochę mniej czadowo.

Na plaży roiło się od surferów. Koło nas rozłożył się też dziadek zmarszczak ze swoją mniej wypaśną boogie-deską (bez czachy). Przy pierwszym podejściu Tadkowi udało się złapać niezłą falę, a Marcie wlało się morze do nosa. Za drugim razem było już lepiej. Parę razy fala poniosła nas aż na brzeg, a my piszczeliśmy z uciechy wywołując pełne politowania spojrzenia "prawdziwych surferów". Buraki.

Teraz mamy zakwasy w miejscach gdzie oficjalnie nie ma mięśni.

Na zdjęciach dokumentacja akcji - kliknij aby przejść do większej galerii.

czwartek, 18 lutego 2010

Dusznooo...

Nasz mały pomocny termociśniewilgociomierz wskazuje, że jest duszno. Ale tak naprawdę jest jeszcze duszniej +___+ Temperatura wieczorna spadła, ale tylko na dworze - w domu mimo otwartych okien jest dalej 27 stopni jak za dnia @___@ Uh..



Tak sobie narzekamy, a tymczasem zmarzniętych czytelników wnerwiamy :D

wtorek, 16 lutego 2010

Nowa Flaga

Teraz to już nawet w Rzeczpospolitej piszą o tej debacie na temat Nowozelandzkiej flagi. Na NZ Heraldzie zaś aż roi się od propozycji projektów. Oto nasz pomysł:

czwartek, 11 lutego 2010

Poor Knights Islands

Nasze pierwsze nurki w Nowej Zelandii zaliczone! Poor Knights to wyspy na północny wschód od miejscowości Tutukaka - najlepsze miejsce nurkowe w całej NZ i ścisły rezerwat przyrody.

Dostać się tam można jedynie większą łodzią - podróż przez prawie otwarty ocean trwa około 50 minut. Na szczęście Marti zjadła przemycony jeszcze z Polski Aviomarin (ktoś odciął datę ważności - więc spoks!) i nie dołączyła do ekipy wymiotnej.

Nurkowanie było też przełomowe pod tym względem, że wodowaliśmy się sami, bez przewodnika. Nawigacja była dość prosta, więc nie było strachu że się zgubimy. Mogliśmy więc skupić się na zdjęciach i eksplorowaniu gloniastych lasów bez przeszkód!

Aby przejść do galerii należy kliknąć na smukłą syrenę, albo na wyspę z dziurką:

piątek, 5 lutego 2010

Wieczory burzowe, wieczory pogodne

W zeszłym tygodniu mieliśmy co wieczór pokaz wyładowań atmosferycznych. Światło podczas zachodu słońca było takie jak na zdjęciach - zupełnie żółte! Nic nie kłamiemy!



Druga wersja wieczoru - to wersja nie-burzowa. Wiemy, że nudy, bo znowu na rowerach. Ale za to na golasa! No prawie.

poniedziałek, 1 lutego 2010

Modliszki

Nie sądziliśmy, że mamy w ogrodzie takie stwory.
Mają długość około 4 cm.
Na razie...