Kolano Tadka w miarę już pogojone, a pogoda ciepła, dlatego nadszedł czas na chrzest bojowy naszych płetw, rurek i masek w wodach Pacyfiku.
Padło na rezerwat wodny "Kozia Wyspa", bo w pracy coś gadali, że fajny. Znajduje się on na północ od Auckland, więc dojazd zajął nam jakies 2 i pół godziny. Po drodze widzieliśmy bardzo rozpraszające uwagę widoki - a dokładniej panoramę Auckland, z jego wieżowcami i Sky Tower - kosmiczne miasto leżące na morzu.
Po przybyciu na miejsce powitał nas zapach kiszonych wodorostów, od którego Marcie było mdło, a Tadek zaczął śpiewać szanty. Wokół plaży rosły kwitnące na czerwono drzewa Pohutukawa (
Metrosideros excelsa) oraz nowozelandzki odpowiednik lnu (
Phormium tenax - tęgosz mocny).

Warunki wodne były kiepskie - podłoże było piaskowe, akurat był przypływ i w dodatku było już popołudnie (a więc ludziska zdążyli wodę zmącić). Nie dajemy się jednak zrazić takimi drobiazgami - hop więc do wody w naszych piankach.
Już przy brzegu przypętały się do nas wielgachne ryby z gatunku Snapper (szukałam tłumaczenia na polski, ale jedyna nazwa to spolszczenie łacińskiej, czyli "Lucjan" od
Lutjanus - hahaha).

Napotkaliśmy też rybę w paski. Oraz sporo morskiej sałaty :D
Na koniec była atrakcja dnia - przy wychodzeniu z wody na mętnej płyciźnie natknęliśmy się na wielgachną płaszczkę (Eagle Ray -
Myliobatis tenuicaudatus)! Miała rozpiętość conajmniej 1 metra i nieźle się nastraszyliśmy. Na szczęście nie był to zwierz niebezpieczny, z tych co ogonem ludzi przebijają, ale łagodny co żywi się małżami i ślimakami.