poniedziałek, 23 sierpnia 2010

Mount Ruapehu

Mały przerywnik w zanudzaniu Naszych Czytelnikow milionem zdjęć z letniej Polszy. Dla odmiany - trochę zimy, czyli dwa nieboraki przyczepione do desek przewracają się na śniegu. Narty oboje mamy obcykane (khem khem...), więc aby było wyzwanie, potrzeba było nowej dyscypliny. Padło na snowboard, bo a). jest równie cool co bodyboarding, b). szansa wywichnięcia se kolana mniejsza c). sanki są zbyt passe i nie zrywają beretu.

W samym centrum Wyspy Północnej Nowej Zelandii znajduje się duży wulkaniczny 'cycek' o wysokości 2700 metrów, na którym w zimie jest śnieg. Nazywa się Mount Ruapehu. Na tym śniegu zmontowano całkiem sprawnie zorganizowane trasy zjazdowe dla narciarzy, snowbordziarzy i saneczkarzy. Dodatkowo w każdym kiblu wiszą instrukcje co robić w razie erupcji wulkanicznej ("Duck and cover!").

Dojazd zajął nam z Hamiltonu ok. 2 h 40 min. Na miejscu wykupiliśmy karnecik na oślą łączkę, czyli 'Happy Valley' i wynajęliśmy sprzęt snowboardowy (hełm kosmonauty, śmierdzące botki, dechę w dechę, i usztywniacze nadgarstków, coby nam się nie złamały). Wykupiliśmy również lekcję u pana, co nam powiedział jak się zatrzymywać.

Na zdjęciach można podziwiać nasze pierwsze wyczyny: jazda powoli do przodu, jazda trochę szybciej do przodu, przewracanie się w panice, siedzenie na wyciągu.

sobota, 21 sierpnia 2010

Woda, zamki i hulanki w Małopolsce

Kolejna porcja zdjęć z naszej wyprawy do Ziemi Ojczystej. Wraz z Ziemowitem i Anetą dotarliśmy w przyjemnie klimatyzowanym schronie na Żywiecczyznę, a potem aż het nad Zalew Czorsztyński. Tam w cieniu pradawnych zamków oddawaliśmy się pluskaniu i odpoczywaniu. Zaliczyliśmy również spływ Dunajcem, którego głównymi atrakcjami były ładne widoczki, gburowaci flisacy i boląca od twardej ławki dupa. W ramach aktywnego spędzania czasu wspięliśmy się następnie na położoną na Słowacji Bardzo Wysoką Górę "Lomnický štít" (przy pomocy kolejki linowej - bo frajerzy nie jesteśmy!).

Tadek wypróbowywał swój najnowszy prezent - teleobiektyw. Ściągał nim co dalsze obiekty i ludzi. Pełna dokumentacja ujawi się po kliknięciu na poniższe obrazki (zdjęć jest aż 62, z czego najładniejsze na końcu :D).

sobota, 7 sierpnia 2010

Hong Kong Pękł

Nasz pobyt w Polsce minął jak z bicza strzelił... super było zobaczyć Was wszystkich :) dziękujemy też za wyrozumiałość w naszych trudnościach organizacyjnych. Czasu niby było dużo, ale tak naprawdę mało i nie wszystkie plany udało się zrealizować.

Tymczasem musimy zacząć zamęczać znowu naszych Drogich Czytelników relacją zdjęciową. Jest tego bardzo dużo, więc danie serwować będziemy mniejszymi porcjami.

Na początek nasza wizyta w Hong Kongu. Zatrzymaliśmy się tam przelotem z Nowej Zelandii. Po 10-cio godzinnym locie mieliśmy bowiem jakies 7 godzin przerwy przed kolejnym lotem do Frankfurtu. Na szczęście na polskim paszporcie można dostać na gębę turystyczną 90-cio dniową wizę przy wejściu. Zwiedziliśmy jedynie mały kawałek tej ponad 6-cio milionowej metropolii, jako że w tle mieliśmy cwany plan zakupu osprzętu fotograficznego po okazyjnej cenie (w sklepiku w Mong Kok). Plany niestety nie zrealizowane, bo ku naszemu zaskoczeniu, ceny dla turysty były wyższe nawet niż w Polsce. Ale wrażenia z wycieczki spore.