W samym centrum Wyspy Północnej Nowej Zelandii znajduje się duży wulkaniczny 'cycek' o wysokości 2700 metrów, na którym w zimie jest śnieg. Nazywa się Mount Ruapehu. Na tym śniegu zmontowano całkiem sprawnie zorganizowane trasy zjazdowe dla narciarzy, snowbordziarzy i saneczkarzy. Dodatkowo w każdym kiblu wiszą instrukcje co robić w razie erupcji wulkanicznej ("Duck and cover!").
Dojazd zajął nam z Hamiltonu ok. 2 h 40 min. Na miejscu wykupiliśmy karnecik na oślą łączkę, czyli 'Happy Valley' i wynajęliśmy sprzęt snowboardowy (hełm kosmonauty, śmierdzące botki, dechę w dechę, i usztywniacze nadgarstków, coby nam się nie złamały). Wykupiliśmy również lekcję u pana, co nam powiedział jak się zatrzymywać.
Na zdjęciach można podziwiać nasze pierwsze wyczyny: jazda powoli do przodu, jazda trochę szybciej do przodu, przewracanie się w panice, siedzenie na wyciągu.
Pięknie się w tych garnkach na głowach prezentujecie... Wy macie wrodzony tropizm do deski, nie ważne lato czy zima. Jedna sugestia, kupcie Tadziowi takie profesjonalne sportowe gogle, co by nowych, pięknych okularów tym razem na stoku nie zostawił ;). Pozdrowienia!
OdpowiedzUsuńHaha, dzieki Marta! :D to dobry pomysl, oby tylko mu sie te oksy w goglach zmiescily. Bo do soczewek to Tadek cierpliwosci nie ma :) A co u Ciebie slychac? Dalej stazujesz tam gdzie stazowalas? Pozdrowienia!!!
OdpowiedzUsuń