środa, 27 stycznia 2010

Waihi Bajks

W niedzielę odwiedziliśmy znowu Waihi Beach - lecz tym razem zabraliśmy rowery. Poniżej mapka z naszą trasą:


Kliknij TUTAJ aby otworzyć w dużym oknie.

Atrakcje obejmowały jazdę mierzeją, wpedałowanie na stromą górkę, spotkanie z jeżem, pluskanie w oceanie i jazdę powrotną po plaży. Fale były wielkie, a wiaterek ciepły. W wodzie spotkaliśmy też galaretowate małe kuleczki, które nie przypominały jednak meduz. Późniejsze przeglądanie googla nie dało nam jednoznacznej odpowiedzi cóż to, ale najprawdopodobniej były to małe zwierzątka - sprzągle z podtypu osłonic.

A teraz czas na galerię. Przyda się dużo cierpliwości, bo sporo jest ujęć kolarskich :D

wtorek, 26 stycznia 2010

Badania naukowe na temat grup etnicznych w Nowej Zelandii

Przeglądałam ciekawsko publikację Urzędu Statystycznego Nowej Zelandii nt. wyników censusu w 2006 roku (następny w 2011!). Oto link, jakby ktoś chciał jeszcze pogrzebać w danych.

Wg Censusu w 2006 roku, w Nowej Zelandii zyje obecnie niecałe 2 tys. Polaków (Na 2 mln 609 tys Europejczyków / na 3 mln 800 tys. osób, które podały swoją narodowość / na ogółem 4 mln mieszkańców). Z 2 tys. osób podających Polskę jako kraj urodzenia, 900 żyje w Nowej Zelandii już ponad 20 lat. Językiem polskim posługuje się 2,589 osób.

Żeby porównać z innymi nacjami:
Polacy:1,965
Nowozelandczyk poch. Europejskiego: 2,381,076
Niemcy:10,917
Holendrzy:28,641
Anglicy/Brytyjczycy:71,394
Rosjanie:4,833
Węgrzy: 1,212
Maorysi:565,329
Ludność wysp Pacyfiku:265,974
Azjaci (gł. Chińczycy i Hindusi)354,552
Środkowy Wschód / Ameryka Łacińska 34,746

sobota, 23 stycznia 2010

Wycieczka w rejon Waitomo

Trochę opóźniona ta dokumentacja, ale to przez napięty kalendarz w tygodniu (tak zwane harowanie). Wyprawiliśmy się oto do rejonu Waitomo, który słynie z wielkich podziemnych jaskiń. Zostawiliśmy je sobie jednak na kiedy indziej i zajechaliśmy dalej, w stronę oceanu. Droga się tam robi wąska, a przed wjazdem jest wielki znak "przez następne 174 km nie ma już stacji benzynowych".

Pierwszą atrakcją był Most Naturalny, który powstał w dolinie małej rzeczki (i chyba kiedyś był jaskinią...). Oprócz robiącego wrażenie łuku skalnego mieliśmy okazję podziwiać też kiwi-krowy.

Następnym przystankiem był wodospad Marokopa. Duch przygody kazał nam zejść z punktu widokowego aż nad rzekę, pod wodospad. Mgiełka natychmiast przemoczyła nas do suchej nitki, ale było warto (i przyjemnie chłodno). Tadzio dzielnie pracował nad panoramą okolicy, a Marti obglądała roślinność (tutaj na korze drzew rośnie zawsze kolejna warstwa roślin!).

Na koniec czekała nas 30 kilometrowa wyprawa rowerowa nad ocean do miasteczka Marokopa. Niestety nad wodę się nie dostaliśmy, bo do plaży nie było drogi - a pchanie rowerów taki kawał po piachu nie wyglądało na dobry pomysł. Zadowoliliśmy się lodami w miejscowym sklepie spożywczo-przemysłowym. W drodze powrotnej Marti padła i Tadzio musiał wrócić po nią później samochodem. Ale zdąrzyłam w tym czasie podrażnić byczki.

Kliknij na jedno ze zdjęć, aby przejść do galerii:

wtorek, 12 stycznia 2010

Heli - kopter

Wczoraj Marti miala atrakcyjny dzien w pracy - bo jako czlonek zalogi transportujacej noworodki musiala poleciec do szpitala w innym miescie. Do New Plymouth (rejon Taranaki - na takim okrągłym półwyspie na południowy zachód od Hamilton) jest 3 i pół godziny jazdy samochodem. Helikopter pokonał tę odległość w 45 minut!

Było mi niestety trochę niedobrze, zwłaszcza jak lecieliśmy nad lądem, gdzie mocniej wiało (bo sporo wzgórz i gór). Lecąca ze mną doświadczona pielęgniarka miała ubaw widząc jak kurczowo trzymam się inkubatora z małym bobkiem w środku +____+ a pilot miał dla mnie naszykowane torebki-wymiotki (na szczęście nie musiałam ich używać).

W przerwach między zawrotami głowy udało mi się zrobić parę fotek komórką. Na początek sam helikopter i jego skomplikowane wnętrze (w drodze powrotnej siedziałam z przodu i miałam zakaz naciskania pedałów, bo nie były zblokowane!!! @___@)



A to szpital Waikato Hospital z lotu ptaka:



Lecieliśmy wzdłuż wybrzeża oraz nad oceanem.



niedziela, 10 stycznia 2010

Styczniowe wypady :)

Tym razem dużo zdjęć w jednym wpisie, bo w styczniu niezłe tutaj lato.

W pierwszym tygodniu stycznia urządziliśmy sobie kajaczą wycieczkę do Raglan (znowu). Udało nam się zapłynąć dalej niż poprzednio, a odpływ odsłonił plaże pełne krabowych kryjówek. Słysząc nasze kroki kraby rozbiegały się w panice i chowały pod skałki, ale Tadkowi i tak udało się jednego upolować.



Innego dnia wybraliśmy się ponownie na wodospad 'Bridal Veil Falls', aby popróbować fotografii w mniej tłocznej atmosferze. Załączone zdjęcie to HDR (dla niewtajemniczonych - zdjęcie powstałe z nałożenia 3 identycznych fotek o różnych ekspozycjach na światło).



W ten piątek zrobiliśmy sobie wycieczkę rowerową w okolice naszego szpitala. Do tej pory oglądaliśmy szpitalne jezioro jedynie z okien z pracy. Jezioro jest spore i otoczone palmami oraz wodnymi zaroślami. Spotkaliśmy tam mnóstwo kaczek, gołębi, oraz śmiesznych endemicznych Pukeko - (po angielsku Purple Swamphen / Purpurowa Kura Bagienna / Porphyrio Porphyrio / po polsku "Modrzyk"?).





Wczoraj, w sobotę, wypożyczyliśmy kajak ze sklepu w Hamilton i zabraliśmy się z nim na półwysep Coromandel. Tam na plaży w Hahei znajduje się popularna turystycznie jaskinka Cathedral Cove, wypłukana przez morze z białej skały. Dostęp do niej jest tylko drogą pieszą, albo wodną, np. kajakiem. Ale i tak ludziów było jak mrówków. Odwiosłowaliśmy więc stamtąd i wylądowaliśmy na pustej plaży, niedostępnej z lądu. Po wybraniu wody z kajaka, a piachu z gaci (bo nas fala wywróciła przy przybijaniu do brzegu :D) mogliśmy zjeść ocalałe kanapeczki i napić się piwka.

Badania naukowe na temat dlugości dnia i nocy

Musiałam sobie to wszystko poprzeliczać, bo coś nam się z Tadziem wydawało, że mimo iż mamy środek lata, to dzień jest podejrzanie krótki... słońce nie chce się trzymać u góry po 20:30, mimo że we Wrocławiu potrafiło w lecie zachodzić grubo po 21szej.

Oto tabelka podsumowująca:


Znajdujemy się na szerokości geograficznej odpowiadającej Sycylii albo południu Hiszpanii na półkuli północnej. Wschody i zachody słońca są tutaj też gwałtowniejsze, a różnica między najkrótszym i najdłuższym dniem w roku zmniejszona.

piątek, 1 stycznia 2010

Impreza Sylwestrowa

Pierwszy raz w życiu spędzaliśmy Sylwestra w lecie na plaży :) Wybraliśmy się w okolice Mount Maunganui w miejscowości Tauranga, gdzie co roku organizowana jest darmowa impreza z koncertami i pokazem fajerwerków.

Po drodze przebiliśmy się przez zasieki policyjne, gdzie sprawdzali Tadkowi (kierowcy) ilość promili w chuchnięciu oraz przez kontrolę anty-szampanową, gdzie udało nam się przemycić jakimś cudem całkiem dużą butelkę. Warto tu dodać, że dla bezpieczeństwa wprowadzono tego dnia całkowity zakaz picia alkoholu w miejscach publicznych (tzn trzeba było się tajniaczyć).

Koncerty odbywały się na dwóch scenach zbudowanych przy plaży. Ludzisków było sporo: głównie młodzież, nad którą unosiła się charakterystycznie pachnąca chmura dymu, ale także trochę rodzin z dziećmi i starszych. Księżyc był w pełni, a niebo bezchmurne.

O północy z przybrzeżnych skał wystrzelili kupę fajerwerków, a potem kilka odważnych nimf poszło się nurzać w oceanie. My nurzaliśmy się tylko po kostki, za to w rytm muzyczki.






Teraz w Polsce też jest już 2010, więc jeszcze raz składamy życzenia - Szczęśliwego Nowego Roku!!!

2010!!!!

Próbowaliśmy przesłać te życzenia o północy, ale nie dało rady, zbyt obciążona sieć i się nie dodał wpis do bloga:

Szczęśliwego Nowego Roku z plaży pod Mt Maunganui - Tauranga!
U nas już 2010!!!!!