niedziela, 28 marca 2010

Balony 2

Wczoraj zakonczyl sie festiwal Balloons over Waikato. Wiekszosc balonow zostala zebrana na jednym placu i po zachodzie slonca rozswietlaly sie w takt muzyki niczym olbrzymie zarowki. Wygladalo to calkiem ciekawie. Impreze zamknal pokaz sztucznych ogni. Fotki wklejam zeby nie bylo ze na marne aparat taskalem :D


piątek, 26 marca 2010

Tajemnicza Wyspa

W dziecinstwie Tato czytal nam (mi i siostrze) na glos ksiazki. Nie wiem czy dobrze zapamietalem ale wydaje mi sie ze jedna z nich byla "Tajemnicza Wyspa" J. Verne. Opis ucieczki balonem i przymusowego ladowania na jednej z wysepek pacyfiku zrobil na mnie wtedy ogromne wrazenie. Ta fascynacja, wzmocniona ilustracja z ksiazkowej okladki zostala w mojej glowie do dzis.

Nie dziwne wiec ze kiedy wczoraj w czasie porannego obchodu, za oknem naszego szpitala pojawilo sie nagle okolo 20 roznokolorowych balonow, jedyna czynnoscia ktorej moglem sie poswiecic pozostalo gapienie sie przez szybe i pstrykanie fotek komorka.

Zdjecia jak widac sa marnej jakosci ale zawsze jakies :)


Moze lot balonem nie jest tak ekscytujacy jak paralotnia czy skok ze spadochronem ale w mojej glowie powstal juz cunning plan aby w przyszlym roku wziac udzial w tym przelocie (impreza ponoc jest cykliczna) i pstryknac pare ladnych fotek wprost z gondoli :) !


PS. Dzis znow boogie boardowalismy w Raglan. Pierwszy raz od ponad tygodnia (wlasnie skonczylem pelne wrazen nocki). Po raz pierwszy udalo mi sie zlapac duuuza fale. Taka co to sie zawija :)

sobota, 20 marca 2010

Wspomnienie imprezy pożegnalnej w NBU

5 marca był mój ostatni dzień w NBU, czyli Newborn Unit. Imprezka była częściowo tylko pożegnalna. Częściowo (w tzw większej połowie) poświęcona była obchodzonemu właśnie w Nowej Zelandii Dniowi Dziecka (7 marca). Hasło imprezy brzmiało 'Teddy bear picnic'. Jest to ponoć nawiązanie do piosenki, której młode kiwi uczą się w przedszkolu.

Aby wejść na imprezę należało przynieść swojego misia. Marti przytaskała swojego brudnego ze starości Koalę. Trochę się bałam, że nie jest on misiem politycznie poprawnym, bo australijskim, ale miałam wytłumaczenie, że przybył jednak z Europy.

Z egzotycznych potraw udało mi się skosztować:

a). 'Fairy Bread' ('Wróżkowy Chlebek') czyli chleba tostowego posypanego na zimno kolorową cukierkową posypką (ponoć standard na każdym przyjęciu dla kiwuskich dzieciaków). Nawet nie był taki straszny.

b). Kanapki posmarowanej Marmite'm i posypanej czipsami ziemniaczanymi - dziwnie chrupała, ale smakowała.



Mój koala jest ten bez czapy.

Edit: Dorzucam znaleziony przez Tatę A. link do owej piosenki 'Teddy Bear Picnic' :D Dziekuje!

niedziela, 14 marca 2010

Lot zabukowany

Donosimy uprzejmie co u nas nowego:

1). Udało nam się kupić bilety do PL na lipiec!!! Pewnie parę okazyjnych cen przegapiliśmy, bo to tylko 4 miesiące przed lotem kupowane, ale trudno. I tak taniej, niż w jedną stronę bilet z Anglii nas kosztował (kupowany 3 tygodnie przed lotem).

2). Jeździmy uparcie co parę dni do Raglan by szlifować swe umiejętności leszczo-surferów. Zaliczyliśmy już fale przed sztormem, ciszę morską oraz dzisiaj fale 'paskudne' (ang. "messy"). Przewracały one Martkę, a Tadkowi wlewały się do nosa. A jak człowiek chciał taką falę złapać, to po paru metrach się ulatniała :( bu.


Widok na ocean niedaleko Raglanu

3). Tadek odkupił sobie stracone w surferowym szale oksy. Tylko że oprawki robi się w Danii a potem w kopercie do Nowej Zelandii się je przysyła i potrwa to 2 tygodnie (. ^ .) argh...

4). Martka pracuje teraz na dorosłych i odkrywa takie nowe schorzenia jak wysoki cholesterol i przewrotliwość osoby starszej. Na pediatrii takich nie mieli.

środa, 3 marca 2010

Jezioro Karapiro

W ubiegły weekend szkoliliśmy się w kajakowaniu na specjalnym kursie. Trwał on dwa dni. Dnia pierwszego poznaliśmy resztę kursantów - 2 x stetryczałe babcie z demencją, dziadka co szurał nogą, rodzinę wieśniaków w kaloszach i kolesia o wiecznie zdziwionej twarzy. W basenie ćwiczyliśmy przewracanie się w kajaku, bycie pod wodą w kajaku i gramolenie się do kajaka spowrotem.

Dzień drugi spędziliśmy w trochę przyjemniejszym otoczeniu, szlifując umiejętność machania wiosłem na jeziorze Karapiro. Jako że tym razem wywrotki nie były w planach, mogliśmy wziąść aparaty i udokumentować nasze zaawansowane techniki wioślarskie. Do dodatkowych atrakcji można było zaliczyć żonę naszego przewodnika, która przyjechała z Wlk. Brytanii i z usztywnioną górną warą wydawała wszystkim komendy. A łódź wymawiała 'bełt'. Grrr...

Zaleca się kliknęcie na zdjęcie, a galeria się ukaże.



P.S. Na zdjęciach widać nowy image Tadzia w wyrazistszych oprawkach. Tadzio zapomniał bowiem zdjąć swoje super oksy na naszej poprzedniej sesji surfowania i zmyła mu je fala.

wtorek, 2 marca 2010

Marti w aeroplanie

Kolejny tydzień dyżuru przewoźniczego i kolejna przygoda! Martka otrzymała zadanie odebrania bobola urodzonego w Gisborne (wschodni czubeczek Nowej Zelandii) i przewiezienia go do szpitala w Auckland. Poniżej mapka poglądowa - transport drogowy oznaczałby 995 km trasę. Samolot leciał trochę bardziej na przełaj.


View Larger Map



Zabraliśmy się z naszym przenośnym 200 kilogramowym inkubatorem do małego samolotu. Marti tym razem nie było niedobrze, bo zjadła przeterminowany Aviomarin z Polski, który nabrał przez lata dodatkowej mocy. Było lepiej niż w helikopterze i tylko parę razy zatrzęsło nami w jakiejś chmurze.

Poniżej widok na góry w drodze do Gisborne, oraz na wschodnie wybrzeże NZ.



Bobek na szczęście był w stanie dobrym i stabilnym, więc się medycznie głowić zanadto nie musiałam. Leciała ze mną też pielęgniarka, która umiała ten skomplikowany inkubator obsługiwać.



A to zachód słońca po drodze do Auckland:



Wszystko dobrze się skończyło, bobas dostarczony, torebki-vomitki nie zużyte. Wolę jednak chyba pisać epikryzy w zaciszu 'doctors office' niż takie wojaże odstawiać.