piątek, 7 maja 2010

Niepolska złota jesień

Oto nasze dalsze treningi na rowerogórskiej trasie wzdłuż rzeki Waikato. Paprotki nie chcą wyglądać jesiennie, ale na szczęście zasiało się tu parę importowanych drzew z Europy i mają fajne jesienne kolorki. Spotkalismy też sporo czerwonych muchomorów i maślanych maślaków. Śpiewali ptacy. A ludziów zero (no, oprócz tych wariatów na rzece).

Zdjęcia łączone z dwóch wycieczek.

sobota, 24 kwietnia 2010

Waikato River Trail

Wzdłuż rzeki Waikato zaplanowano długaśny szlak rowerowy. Na razie otwarte jest tylko kilka odcinków trasy, i tam właśnie się wybraliśmy. Szlak był trasą dla rowerów górskich, poziom 2-3, co oznaczało strome uskoki, podstępne korzenie drzew i ciężkie podjazdy +____+ Marti miała w oczach trupie czaszki, a Tadek banana na twarzy. Jechałam z tyłu, żeby się ze mnie mąż nie śmiał, jak schodzę z roweru na co straszniejszych odcinkach. Na szczęście przy końcowym odliczaniu w grupie okazało się, że do mety dotarli wszyscy dwoje uczestnicy. Przejechaliśmy zaledwie cztery z łącznie 30-stu straszliwych kilometrów szlaku.

niedziela, 18 kwietnia 2010

Raglan w kwietniu

Popisy bodyboarderów znad Odry - czyli znów pokazaliśmy Kiwusom jak łapać fale. W pierwszym zanurzeniu udało nam się znaleść z boku plaży miejsce, gdzie fale były małe i wypłynąć chyłkiem bokiem poza linię łamiących się dużych fal. Trochę je złapaliśmy, a trochę one złapały nas... i trochę nas podtopiły. Ale było pięknie. W zanurzeniu drugim postanowiliśmy udokumentować nasze wyczyny na trochę mniejszych falach - stąd galeria.

Aby ją zobaczyć, kliknij na jednego ze słynnych polskich bodyboarderów.

piątek, 16 kwietnia 2010

Wielkanocne wycieczki cz. 2

Nasza wycieczka na White Island - czyli czynny wulkan u wybrzeży Nowej Zelandii, w okolicach Whakatane. W okolicy grasują bandy fotogenicznych delfinów i wielorybów, które nękają turystów na łodziach swoimi popisami, żeby im robić zdjęcia i umieszczać je na internecie. Po falistej przeprawie łódką było nam trochę niedobrze, zwłaszcza jak wiaterek przygonił apetyczne opary siarki. W naszych hardych żółtych kaskach i maskach gazowych wyruszyliśmy na spacerowe zwiedzanie wulkanu. Atrakcje w postaci buchających kwaśnych dymów, bulgoczących strumyków, kwaskowych jeziorek i pordzewiałych pozostałości pechowej fabryki / wydobywalni siarki, wprowadziły nas w nastrój grozy. Groza się wzmogła jak zaczęło padać i pomyśleliśmy, że nasze kurtki się roztopią od kwasku. Na szczęście przetrwały.

Poniżej fotograficzna wizja wycieczki. Polecamy m.in. gościnny występ Koreańskich Inżynierów.

czwartek, 8 kwietnia 2010

Wielkanocne wycieczki cz. 1

Zamiast jajka malować i zajączki do koszyka wciskać ulegliśmy w Święta atmosferze wycieczkowej. Piątek mają tutaj wolny. Wybraliśmy się więc pod i nad wodospad Wairere Falls.

Skalista ścieżka biegła od parkingu, poprzez porośnięte buszem zbocza, aż na szczyt wodospadu. Jedną z ciekawostek po drodze były grupki młodzieży odmiany maoryskiej w klapkach japonkach. Od szlaku odbijała też "Pradawna Trasa Maorysów", która szła skrótem pionowo w górę - oni chyba od pokoleń lubią jak jest trudno.

Na szczycie wodospadu nie postawili zbyt wielu barierek, więc można było stanąć na samej krawędzi spływającej wody i się bać. Atrakcji dostarczał też szumiący nam nad głowami helikopter z turystami.

Aby zobaczyć nas i wodospad należy kliknąć na nas albo na wodospad.

niedziela, 28 marca 2010

Balony 2

Wczoraj zakonczyl sie festiwal Balloons over Waikato. Wiekszosc balonow zostala zebrana na jednym placu i po zachodzie slonca rozswietlaly sie w takt muzyki niczym olbrzymie zarowki. Wygladalo to calkiem ciekawie. Impreze zamknal pokaz sztucznych ogni. Fotki wklejam zeby nie bylo ze na marne aparat taskalem :D


piątek, 26 marca 2010

Tajemnicza Wyspa

W dziecinstwie Tato czytal nam (mi i siostrze) na glos ksiazki. Nie wiem czy dobrze zapamietalem ale wydaje mi sie ze jedna z nich byla "Tajemnicza Wyspa" J. Verne. Opis ucieczki balonem i przymusowego ladowania na jednej z wysepek pacyfiku zrobil na mnie wtedy ogromne wrazenie. Ta fascynacja, wzmocniona ilustracja z ksiazkowej okladki zostala w mojej glowie do dzis.

Nie dziwne wiec ze kiedy wczoraj w czasie porannego obchodu, za oknem naszego szpitala pojawilo sie nagle okolo 20 roznokolorowych balonow, jedyna czynnoscia ktorej moglem sie poswiecic pozostalo gapienie sie przez szybe i pstrykanie fotek komorka.

Zdjecia jak widac sa marnej jakosci ale zawsze jakies :)


Moze lot balonem nie jest tak ekscytujacy jak paralotnia czy skok ze spadochronem ale w mojej glowie powstal juz cunning plan aby w przyszlym roku wziac udzial w tym przelocie (impreza ponoc jest cykliczna) i pstryknac pare ladnych fotek wprost z gondoli :) !


PS. Dzis znow boogie boardowalismy w Raglan. Pierwszy raz od ponad tygodnia (wlasnie skonczylem pelne wrazen nocki). Po raz pierwszy udalo mi sie zlapac duuuza fale. Taka co to sie zawija :)

sobota, 20 marca 2010

Wspomnienie imprezy pożegnalnej w NBU

5 marca był mój ostatni dzień w NBU, czyli Newborn Unit. Imprezka była częściowo tylko pożegnalna. Częściowo (w tzw większej połowie) poświęcona była obchodzonemu właśnie w Nowej Zelandii Dniowi Dziecka (7 marca). Hasło imprezy brzmiało 'Teddy bear picnic'. Jest to ponoć nawiązanie do piosenki, której młode kiwi uczą się w przedszkolu.

Aby wejść na imprezę należało przynieść swojego misia. Marti przytaskała swojego brudnego ze starości Koalę. Trochę się bałam, że nie jest on misiem politycznie poprawnym, bo australijskim, ale miałam wytłumaczenie, że przybył jednak z Europy.

Z egzotycznych potraw udało mi się skosztować:

a). 'Fairy Bread' ('Wróżkowy Chlebek') czyli chleba tostowego posypanego na zimno kolorową cukierkową posypką (ponoć standard na każdym przyjęciu dla kiwuskich dzieciaków). Nawet nie był taki straszny.

b). Kanapki posmarowanej Marmite'm i posypanej czipsami ziemniaczanymi - dziwnie chrupała, ale smakowała.



Mój koala jest ten bez czapy.

Edit: Dorzucam znaleziony przez Tatę A. link do owej piosenki 'Teddy Bear Picnic' :D Dziekuje!

niedziela, 14 marca 2010

Lot zabukowany

Donosimy uprzejmie co u nas nowego:

1). Udało nam się kupić bilety do PL na lipiec!!! Pewnie parę okazyjnych cen przegapiliśmy, bo to tylko 4 miesiące przed lotem kupowane, ale trudno. I tak taniej, niż w jedną stronę bilet z Anglii nas kosztował (kupowany 3 tygodnie przed lotem).

2). Jeździmy uparcie co parę dni do Raglan by szlifować swe umiejętności leszczo-surferów. Zaliczyliśmy już fale przed sztormem, ciszę morską oraz dzisiaj fale 'paskudne' (ang. "messy"). Przewracały one Martkę, a Tadkowi wlewały się do nosa. A jak człowiek chciał taką falę złapać, to po paru metrach się ulatniała :( bu.


Widok na ocean niedaleko Raglanu

3). Tadek odkupił sobie stracone w surferowym szale oksy. Tylko że oprawki robi się w Danii a potem w kopercie do Nowej Zelandii się je przysyła i potrwa to 2 tygodnie (. ^ .) argh...

4). Martka pracuje teraz na dorosłych i odkrywa takie nowe schorzenia jak wysoki cholesterol i przewrotliwość osoby starszej. Na pediatrii takich nie mieli.

środa, 3 marca 2010

Jezioro Karapiro

W ubiegły weekend szkoliliśmy się w kajakowaniu na specjalnym kursie. Trwał on dwa dni. Dnia pierwszego poznaliśmy resztę kursantów - 2 x stetryczałe babcie z demencją, dziadka co szurał nogą, rodzinę wieśniaków w kaloszach i kolesia o wiecznie zdziwionej twarzy. W basenie ćwiczyliśmy przewracanie się w kajaku, bycie pod wodą w kajaku i gramolenie się do kajaka spowrotem.

Dzień drugi spędziliśmy w trochę przyjemniejszym otoczeniu, szlifując umiejętność machania wiosłem na jeziorze Karapiro. Jako że tym razem wywrotki nie były w planach, mogliśmy wziąść aparaty i udokumentować nasze zaawansowane techniki wioślarskie. Do dodatkowych atrakcji można było zaliczyć żonę naszego przewodnika, która przyjechała z Wlk. Brytanii i z usztywnioną górną warą wydawała wszystkim komendy. A łódź wymawiała 'bełt'. Grrr...

Zaleca się kliknęcie na zdjęcie, a galeria się ukaże.



P.S. Na zdjęciach widać nowy image Tadzia w wyrazistszych oprawkach. Tadzio zapomniał bowiem zdjąć swoje super oksy na naszej poprzedniej sesji surfowania i zmyła mu je fala.