Aby wejść na imprezę należało przynieść swojego misia. Marti przytaskała swojego brudnego ze starości Koalę. Trochę się bałam, że nie jest on misiem politycznie poprawnym, bo australijskim, ale miałam wytłumaczenie, że przybył jednak z Europy.
Z egzotycznych potraw udało mi się skosztować:
a). 'Fairy Bread' ('Wróżkowy Chlebek') czyli chleba tostowego posypanego na zimno kolorową cukierkową posypką (ponoć standard na każdym przyjęciu dla kiwuskich dzieciaków). Nawet nie był taki straszny.
b). Kanapki posmarowanej Marmite'm i posypanej czipsami ziemniaczanymi - dziwnie chrupała, ale smakowała.

Mój koala jest ten bez czapy.
Edit: Dorzucam znaleziony przez Tatę A. link do owej piosenki 'Teddy Bear Picnic' :D Dziekuje!
Proszę,chyba bedę się musiała jej nauczyć;)mały Tadzio rytmicznie kopał mnie po żebrach;) buziaki
OdpowiedzUsuńlalalalaaa...la