Czas na pierwszy blogowy występ naszej Córy :) chociaż pierwsze fotki każdy z Was już chyba widział, tutaj dodamy dokumentację uzupełniającą.
Monika urodziła się 24.08 o godzinie 22:29 w szpitalu Waikato :) Wyszła trochę obślizgła i ważyła 3695 gram. Wymierzyli ją na 50 cm, ale już po powrocie do domu Tata Tadek przyłożył ją do domowej metrówki i wyszło 54.
Pobyt w szpitalu był bardzo krótki, bo w zaledwie 3 godziny po porodzie spakowaliśmy bobolka do fotelika i przenieśliśmy się do niedalekiego 'Birthing centre'. Rząd NZ funduje tam 48 godzin pobytu dla kiwi-mam - w wygodnym pokoju z podwójnym łóżkiem, łazienką en-suite, pełnym wyżywieniem dla mamy (tato może zostać ale jedzenie musi kupić osobno), oraz opieką położnych i konsultantek laktacyjnych. Dostaliśmy trochę darmowych pieluszek, milion próbek kosmetyków dla dziecka i mamy oraz torbę ulotek o karmieniu piersią. Ale zebraliśmy się do domu już na drugi dzień, bo jednak w domu milej :)
Pierwsze dni były dość ciężkie, bo dokuczało nam niedospanie i trzeba było wykumać kontrolsy do dziecka. Monisia została przedstawiona rodzinie przez szereg różnych telekonferencji i ma już nawet zdjęcie z dziadkami przez Skype'a ;D
W domu robiło się jednak już trochę nudno, więc postanowiliśmy zabrać Monisię na jej pierwszy spacer po okolicy. Długo się zastanawialiśmy, czy już można, ale zrobiło się bardzo ciepło (17 stopni) i google search powiedział, że owszem, można :)
Poniżej galeria z fotkami ze szpitala, z birthing centre, pierwszego przewijania w domu oraz pierwszego spacerku :)))
poniedziałek, 29 sierpnia 2011
niedziela, 21 sierpnia 2011
Jezioro przy szpitalu
Jakiś czas temu zmieniliśmy trasę porannego dojazdu do pracy omijając dzielnicę z magazynami na rzecz widoczków nad jeziorem. W porze zimowej trafiamy nad wodę akurat w czasie wschodu słońca - między 7:00 a 7:30. Zgodnie z zasadą "Pics or it didn't happen" zamieszczamy dokumentację poniżej ;D
wtorek, 16 sierpnia 2011
Przedwiośnie
Już myśleliśmy, że wiosna zawitała w pełni, bo kwiatuchy na mieście rozkwitły i było bardzo ciepło (nawet 17 stopni C). A tu nagle niespotykany atak "zimy" w Nowej Zelandii. Piszemy w cudzysłowiu, bo podniecenie niespotykanymi tutaj od 50 lat opadami śniegu przypomina trochę poniższy dowcip:
W Hamilton dało się zauważyć dwukrotny opad nie-deszczowy. Mały gradzik i mały śnieżek. Efekty zniknęły w ciągu 5 minut z powodu grzejącego pięknie słońca. Jedyną oznaką zimy były potem mroźne podmuchy wiatru i szron na trawie z rana. No ale ponoć w Wellington u kogoś w ogródku ten śnieg jeszcze nie stopniał :D i nawet bałwana ktoś ponoć ulepił...
My, nie zrażeni jednak takimi drobiazgami jak zapowiadana fala zamieci znad Antarktydy, odwiedziliśmy w ten weekend nasz ulubiony, i pokazywany tutaj już do znudzenia, wodospad Bridal Veil falls. Na pewno nasi czytelnicy będą podekscytowani okazją do obejrzenia kolejnych fotek tego miejsca (ha. ha.). Jedyną nowością na fotkach będzie chyba obecność bardzo kulistej Marty. No i ładnej bryzy z wodospadu.
Wodospad jest dość wysoki (55 metrów) i mieliśmy pewne obawy, czy Marti da radę wrócić spowrotem na parking jeszcze tego samego dnia, czy może padnie po drodze. Czarny scenariusz na szczęście się nie spełnił. Nie zaobserwowaliśmy też efektu przyśpieszania porodu poprzez chodzenie po schodkach - Dzidzia ciągle siedzi w Martce. A mogłaby się już w końcu wykluć, bo pokoik ma gotowy :)
No to czekamy dalej :)))
W Hamilton dało się zauważyć dwukrotny opad nie-deszczowy. Mały gradzik i mały śnieżek. Efekty zniknęły w ciągu 5 minut z powodu grzejącego pięknie słońca. Jedyną oznaką zimy były potem mroźne podmuchy wiatru i szron na trawie z rana. No ale ponoć w Wellington u kogoś w ogródku ten śnieg jeszcze nie stopniał :D i nawet bałwana ktoś ponoć ulepił...
My, nie zrażeni jednak takimi drobiazgami jak zapowiadana fala zamieci znad Antarktydy, odwiedziliśmy w ten weekend nasz ulubiony, i pokazywany tutaj już do znudzenia, wodospad Bridal Veil falls. Na pewno nasi czytelnicy będą podekscytowani okazją do obejrzenia kolejnych fotek tego miejsca (ha. ha.). Jedyną nowością na fotkach będzie chyba obecność bardzo kulistej Marty. No i ładnej bryzy z wodospadu.
Wodospad jest dość wysoki (55 metrów) i mieliśmy pewne obawy, czy Marti da radę wrócić spowrotem na parking jeszcze tego samego dnia, czy może padnie po drodze. Czarny scenariusz na szczęście się nie spełnił. Nie zaobserwowaliśmy też efektu przyśpieszania porodu poprzez chodzenie po schodkach - Dzidzia ciągle siedzi w Martce. A mogłaby się już w końcu wykluć, bo pokoik ma gotowy :)
No to czekamy dalej :)))
Sushi
W ramach dalszej kulinarnej rozpusty - Martka przedstawia: Sushi w wersji bardzo zachodniej i ciążowo dozwolonej.
Nawet ciężko mi wyrazić jak bardzo tęsknię za surowym łososiem i tuńczykiem w sushi kupionym na mieście :( Na pocieszenie robię sushi sama i ze składników dozwolonych kobiecie w stanie ciążowym (aby było bezpiecznie od pasożytów, Listerii i innych Salmonelli). Oto wersja z następującymi dodatkami:
- serek Philadelphia
- zielony ogórek
- krewetki
- słodki japoński omlet tamago
- śledzik z puszki o smaku wędzonym
- sałata
Sushi zwijam na macie bambusowej na płaskatych wodorostach nori. Doszłam już do takiej wprawy, że umiem robić też sushi odwrócone (z ryżem na wierzchu) - ha! :D Jako dodatki - pasta wasabi (zielony ostry chrzan) i piklowany różowy imbrir.
Nawet ciężko mi wyrazić jak bardzo tęsknię za surowym łososiem i tuńczykiem w sushi kupionym na mieście :( Na pocieszenie robię sushi sama i ze składników dozwolonych kobiecie w stanie ciążowym (aby było bezpiecznie od pasożytów, Listerii i innych Salmonelli). Oto wersja z następującymi dodatkami:
- serek Philadelphia
- zielony ogórek
- krewetki
- słodki japoński omlet tamago
- śledzik z puszki o smaku wędzonym
- sałata
Sushi zwijam na macie bambusowej na płaskatych wodorostach nori. Doszłam już do takiej wprawy, że umiem robić też sushi odwrócone (z ryżem na wierzchu) - ha! :D Jako dodatki - pasta wasabi (zielony ostry chrzan) i piklowany różowy imbrir.
sobota, 23 lipca 2011
Pokiełbasiło nam się...
Jesteśmy od dziś oficjalnie Kiełbaskowymi Mistrzami Nowej Zelandii. Zwłaszcza Tadek, który je tak pięknie ponabijał do flaka. Ale zacznijmy od początku...
Nabraliśmy ochoty na białą kiełbasę :) Oczywiście w Nowej Zelandii takiej nie mają, bo jak. Cieniasy.
Na początek udało nam się zamówić maszynkę do mielenia mięsa razem z dostawką do kiełbas do naszego robota kuchennego (zamówienie szło z Francji, bo łącznie z przesyłką było wciąż jakies 50% taniej niż kupować tutaj na gupiej wyspie). Następnie zdobyliśmy garść jakichś jelit od zdziwionej pani z mięsnego. Potem było polowanie na odpowiednie kawałki wieprzowiny (łopatkę tutaj znają, ale takie części mięsne jak podgardle, nieprzetworzony boczek czy słonina to dla nich pojęcia z kosmosu). W końcu mogliśmy przystąpić do wyrobu naszej kiełbasy według domowego przepisu klanu Piszeli.
A teraz ekscytująca filmowa dokumentacja powstawania kiełbaski :D (Już po cenzurze - jeden z filmików był zbyt dosłowny i został usunięty :DDDDD zainteresowanych prosimy na priv)
... i efekt końcowy - pyszne kiełbaski ugotowane w kwaśnej serwatce. MNIAM :)
Nabraliśmy ochoty na białą kiełbasę :) Oczywiście w Nowej Zelandii takiej nie mają, bo jak. Cieniasy.
Na początek udało nam się zamówić maszynkę do mielenia mięsa razem z dostawką do kiełbas do naszego robota kuchennego (zamówienie szło z Francji, bo łącznie z przesyłką było wciąż jakies 50% taniej niż kupować tutaj na gupiej wyspie). Następnie zdobyliśmy garść jakichś jelit od zdziwionej pani z mięsnego. Potem było polowanie na odpowiednie kawałki wieprzowiny (łopatkę tutaj znają, ale takie części mięsne jak podgardle, nieprzetworzony boczek czy słonina to dla nich pojęcia z kosmosu). W końcu mogliśmy przystąpić do wyrobu naszej kiełbasy według domowego przepisu klanu Piszeli.
A teraz ekscytująca filmowa dokumentacja powstawania kiełbaski :D (Już po cenzurze - jeden z filmików był zbyt dosłowny i został usunięty :DDDDD zainteresowanych prosimy na priv)
... i efekt końcowy - pyszne kiełbaski ugotowane w kwaśnej serwatce. MNIAM :)
sobota, 16 lipca 2011
Adaś :)
Uzyskawszy zgodę rodziców na publikację możemy się już pochwalić naszym superowym siostrzeńcem, który urodził się w zeszłym miesiącu - Adasiem :))) Poniżej Adaś razem ze swoją siostrzyczką Anią i czyimiś grabiami.
Z okazji bezpiecznego wylądowania na tym świecie Adaś otrzymał od Cioci i Wujka z Nowej Zelki szykowne i kultowe, ręcznie robione, Conversy z wełenki. Adaś ćwiczy już pozy sportowych mistrzów (bramkarza w locie tudzież koszykarza przy slam dunku) - jak widać, na razie w płaszczyźnie poziomej.
Z okazji bezpiecznego wylądowania na tym świecie Adaś otrzymał od Cioci i Wujka z Nowej Zelki szykowne i kultowe, ręcznie robione, Conversy z wełenki. Adaś ćwiczy już pozy sportowych mistrzów (bramkarza w locie tudzież koszykarza przy slam dunku) - jak widać, na razie w płaszczyźnie poziomej.
sobota, 9 lipca 2011
Różności
Wlaśnie stwierdziliśmy, że ostatnio bardzo mało na blogu się dzieje i oprócz piknych i wypasionych fot z nami (no bo pikne są, nie? :D) w sumie nic nowego nie wrzucamy. No to postaram się coś jednak pododawać :D
Na początek zabawna fotka z pracy - Karteczka wywieszona na oddziale psychiatrycznym
Tłumaczenie dla czytelników nieanglojęzycznych: Uprasza się o nie rzucanie niedopałków papierosów na podłogę, gdyż karaluchy dostają raka.
Ponadto co tam u nas słychać:
- Martka jest już bardzo kulista i ciężka i czeka ją już ostatni tydzień w robocie przed urlopem macierzyńskim. Zostało mniej niż 6 tygodni do terminu @___@ Skeri!
- Zrobiła się pełnia "zimy", co oznacza, że dużo pada i owcami zawiewa, a nawet jak jest ładnie to i tak ledwo człowiek z pracy wyjdzie, a już się robi ciemno (czyli ok 17stej z minutami). Przymrozek ponoć nawet był, ale chyba musieliśmy przegapić...
- Tadek rozgląda się za robotą w nowym miejscu od grudnia, aby pokazać się bossom wybierającym potem sposrod kandydatow na specjalizacje. Myslimy o Auckland, Wellington albo Christchurch - w tym ostatnim to teraz chyba za wielu chętnych nie mają :D. Już pierwsza rozmowa kwalifikacyjna za nami, ale konkrety będziemy znali dopiero za parę miechów.
- Dowiedzieliśmy się, że wykładanie folią aluminiową dna piekarnika w celu jego ochrony przed tłuszczem i przypaleniami prowadzi do wtopienia się folii w blachę i kosztów związanych z wymianą wyściółki piekarnika. Chcieliśmy dobrze, a wyszło jak zwykle :D niestety pani z agencji wynajmującej nam chatę już to odkryła @____@
- Właśnie testujemy Googlową odpowiedź na facebook, zwaną Google+. Jak na razie podoba nam się, że każdą dodaną rzecz można wyznaczać dla ograniczonej widowni oraz integracja z naszymi Androidowymi komórami. No ale lepiej żeby Google szybko otworzył to dla dużej rzeszy użytkowników, bo bez ludzi portale społecznościowe nie mają sensu i wszystko przygaśnie jak niechlubny Wave... Jak kogoś z Was jeszcze nie dodaliśmy przypadkiem, to prosimy o cynk :)))
Na początek zabawna fotka z pracy - Karteczka wywieszona na oddziale psychiatrycznym
Tłumaczenie dla czytelników nieanglojęzycznych: Uprasza się o nie rzucanie niedopałków papierosów na podłogę, gdyż karaluchy dostają raka.
Ponadto co tam u nas słychać:
- Martka jest już bardzo kulista i ciężka i czeka ją już ostatni tydzień w robocie przed urlopem macierzyńskim. Zostało mniej niż 6 tygodni do terminu @___@ Skeri!
- Zrobiła się pełnia "zimy", co oznacza, że dużo pada i owcami zawiewa, a nawet jak jest ładnie to i tak ledwo człowiek z pracy wyjdzie, a już się robi ciemno (czyli ok 17stej z minutami). Przymrozek ponoć nawet był, ale chyba musieliśmy przegapić...
- Tadek rozgląda się za robotą w nowym miejscu od grudnia, aby pokazać się bossom wybierającym potem sposrod kandydatow na specjalizacje. Myslimy o Auckland, Wellington albo Christchurch - w tym ostatnim to teraz chyba za wielu chętnych nie mają :D. Już pierwsza rozmowa kwalifikacyjna za nami, ale konkrety będziemy znali dopiero za parę miechów.
- Dowiedzieliśmy się, że wykładanie folią aluminiową dna piekarnika w celu jego ochrony przed tłuszczem i przypaleniami prowadzi do wtopienia się folii w blachę i kosztów związanych z wymianą wyściółki piekarnika. Chcieliśmy dobrze, a wyszło jak zwykle :D niestety pani z agencji wynajmującej nam chatę już to odkryła @____@
- Właśnie testujemy Googlową odpowiedź na facebook, zwaną Google+. Jak na razie podoba nam się, że każdą dodaną rzecz można wyznaczać dla ograniczonej widowni oraz integracja z naszymi Androidowymi komórami. No ale lepiej żeby Google szybko otworzył to dla dużej rzeszy użytkowników, bo bez ludzi portale społecznościowe nie mają sensu i wszystko przygaśnie jak niechlubny Wave... Jak kogoś z Was jeszcze nie dodaliśmy przypadkiem, to prosimy o cynk :)))
niedziela, 26 czerwca 2011
Babymoon
Coś nam długo zajęło tym razem przygotowanie galerii z wakacji, bo aż 3 tygodnie. Ale niestety Tadek pracował oba poprzednie weekendy i nie bardzo było kiedy wszystko naszykować. No ale ważne, że wreszcie jest!
Oto nasza wycieczka relaksacyjna przed nadchodzącym nieubłaganie dniem powiększenia rodzinki. Okazało się, że podróż z brzuchem jest korzystna, bo nie dość, że nas w lotnisku bez kolejki do check-in'u zapraszali, to jeszcze udało nam się dostać darmowy upgrade domku z plażowego na nawodny (argumentem było zaparkowanie na plaży skuterów wodnych, które śmierdziały benzyną, której kobita w stanie błogosławionym nie powinna wdychać).
Na lotnisku szpanowaliśmy przed turystami z USA i NZ przechodząc kontrolę paszportową osobnym wejściem dla Europejczyków, bo jakimś cudem na Pacyfiku znajduje się terytorium Francji, czyli Unia Europejska.
Wakacje upłynęły nam na relaksie, moczeniu się i podglądaniu stworów na rafie. Mieliśmy parę przygód, w tym porwanie przez nurt i snorklowanie nocą (które było trochę przerażające, bo tuż przed wejściem do wody jakaś amerykańska dziołcha z domku deluks nastraszyła nas, że widziała tam kiedyś wielkie trujące nocne meduzy atakujące nurków).
Zapraszamy więc do galerii i zapoznania się z dokumentacją wakacyjną.
Oto nasza wycieczka relaksacyjna przed nadchodzącym nieubłaganie dniem powiększenia rodzinki. Okazało się, że podróż z brzuchem jest korzystna, bo nie dość, że nas w lotnisku bez kolejki do check-in'u zapraszali, to jeszcze udało nam się dostać darmowy upgrade domku z plażowego na nawodny (argumentem było zaparkowanie na plaży skuterów wodnych, które śmierdziały benzyną, której kobita w stanie błogosławionym nie powinna wdychać).
Na lotnisku szpanowaliśmy przed turystami z USA i NZ przechodząc kontrolę paszportową osobnym wejściem dla Europejczyków, bo jakimś cudem na Pacyfiku znajduje się terytorium Francji, czyli Unia Europejska.
Wakacje upłynęły nam na relaksie, moczeniu się i podglądaniu stworów na rafie. Mieliśmy parę przygód, w tym porwanie przez nurt i snorklowanie nocą (które było trochę przerażające, bo tuż przed wejściem do wody jakaś amerykańska dziołcha z domku deluks nastraszyła nas, że widziała tam kiedyś wielkie trujące nocne meduzy atakujące nurków).
Zapraszamy więc do galerii i zapoznania się z dokumentacją wakacyjną.
niedziela, 8 maja 2011
Pimp up my ride, dude!
A teraz wpis z innej beczki - zeby nie bylo ze w wolnym czasie tylko <zajebistosc> zwiedzamy i serfujemy </zajebistosc> ;)
Otoz wczoraj, nasza bryka dostala niezly upgrejd. Z pomoca pana Henka (lokalnego speca od BMW) auto otrzymalo nowe radio z pelnym NZ zakresem, w miejsce starego japonskiego odbiornika. Poprzednie radio, ze wzgledu na inny zakres czestotliwoasci, dziala poprawnie jedynie w Kraju Kwitnacej Wisni.
Co wiecej, zainstalowalismy rowniez bardzo przydatna kamere cofania! W przeciwienstwie do prawie wszystkich BMek w Europie, nasze wielkie auto nie ma bowiem zadnych sensorow parkowania i cofanie bywalo w niektorych sytuacjach niezwykle ekscytujace.
Jak widac na zalaczonych obrazkach, kamera dziala swietnie i pozwala na unikniecie wielu rodzajow przeszkod, ktore nagle moga wyrosnac z tylu samochodu.
Otoz wczoraj, nasza bryka dostala niezly upgrejd. Z pomoca pana Henka (lokalnego speca od BMW) auto otrzymalo nowe radio z pelnym NZ zakresem, w miejsce starego japonskiego odbiornika. Poprzednie radio, ze wzgledu na inny zakres czestotliwoasci, dziala poprawnie jedynie w Kraju Kwitnacej Wisni.
Co wiecej, zainstalowalismy rowniez bardzo przydatna kamere cofania! W przeciwienstwie do prawie wszystkich BMek w Europie, nasze wielkie auto nie ma bowiem zadnych sensorow parkowania i cofanie bywalo w niektorych sytuacjach niezwykle ekscytujace.
Jak widac na zalaczonych obrazkach, kamera dziala swietnie i pozwala na unikniecie wielu rodzajow przeszkod, ktore nagle moga wyrosnac z tylu samochodu.
sobota, 7 maja 2011
The Redwoods - Las Whakarewarewa
Już jakiś czas temu Tadek podsłuchał od kolegów o lesie obok Rotoruy, gdzie zbudowane są dziesiątki tras dla rowerów górskich. Przyszedł czas na sprawdzenie tych informacji. Obok "pachnącego" siarkami miasta Rotorua znaleźliśmy wielkie lesisko z zasadzonych sztucznie na późniejszą wycinkę czerwonych sekwoi. Teren jest ogromny a na nim cała siatka tras spacerowych i rowerowych o różnym poziomie trudności, od ścieżek dla cieniasów po najwyższy poziom dla zawodowców (organizowane są tam czasem mistrzostwa na poziomie międzynarodowym). Musieliśmy niestety rozdzielić się na tej wycieczce, bo Marti na rowerze już niezbyt zasuwa, zwłaszcza w stylu górskim. Tadek też trochę zwątpił już na miejscu, bo wokoło śmigały ekipy ze sprzętem za tysiące dolarów i kaskach jak z motokrosu. Poniżej ilustracyjny filmik jak tamtejsze zjazdy wyglądają (dla wyjaśnienia - to nie my na nim jestesmy, dokumentacja znaleziona w internecie).
Be Rude Not To, MTB Trail in Whaka Forest, Rotorua, New Zealand from Gregg Brown on Vimeo.
Marti zaś zwiedzała inną część lasu w trybie spacerowym.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
































