Już myśleliśmy, że wiosna zawitała w pełni, bo kwiatuchy na mieście rozkwitły i było bardzo ciepło (nawet 17 stopni C). A tu nagle niespotykany atak "zimy" w Nowej Zelandii. Piszemy w cudzysłowiu, bo podniecenie niespotykanymi tutaj od 50 lat opadami śniegu przypomina trochę poniższy dowcip:
W Hamilton dało się zauważyć dwukrotny opad nie-deszczowy. Mały gradzik i mały śnieżek. Efekty zniknęły w ciągu 5 minut z powodu grzejącego pięknie słońca. Jedyną oznaką zimy były potem mroźne podmuchy wiatru i szron na trawie z rana. No ale ponoć w Wellington u kogoś w ogródku ten śnieg jeszcze nie stopniał :D i nawet bałwana ktoś ponoć ulepił...
My, nie zrażeni jednak takimi drobiazgami jak zapowiadana fala zamieci znad Antarktydy, odwiedziliśmy w ten weekend nasz ulubiony, i pokazywany tutaj już do znudzenia, wodospad Bridal Veil falls. Na pewno nasi czytelnicy będą podekscytowani okazją do obejrzenia kolejnych fotek tego miejsca (ha. ha.). Jedyną nowością na fotkach będzie chyba obecność bardzo kulistej Marty. No i ładnej bryzy z wodospadu.
Wodospad jest dość wysoki (55 metrów) i mieliśmy pewne obawy, czy Marti da radę wrócić spowrotem na parking jeszcze tego samego dnia, czy może padnie po drodze. Czarny scenariusz na szczęście się nie spełnił. Nie zaobserwowaliśmy też efektu przyśpieszania porodu poprzez chodzenie po schodkach - Dzidzia ciągle siedzi w Martce. A mogłaby się już w końcu wykluć, bo pokoik ma gotowy :)
No to czekamy dalej :)))
wtorek, 16 sierpnia 2011
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)






Jak się można domyśleć - kolejny wpis nieprędko, zapewne po "wykluciu" ? :)
OdpowiedzUsuńMarko: To zależy kiedy wyklucie nastąpi :D Bo w sumie Bobolek może się jeszcze legalnie bunkrować następne 2 tygodnie (dzisiaj właśnie mija termin).
OdpowiedzUsuń