niedziela, 17 października 2010

Podglądanie kiwiarzy w sobotę

Tym razem mała galeria z sobotniej plażowej wycieczki. Zamiast zanudzać Naszych Czytelników setnym zdjęciem Marty i Tadka na rowerach, tym razem trochę zdjęć tubylców.

Uwaga dla zestresowanych Mam - nie, to nie my na tych paralotniach zwisamy (...jeszcze)! Galeria po kliknięciu na zdjęcia.

poniedziałek, 11 października 2010

Srają muchy, idzie wiosna, będzie trawa szybciej rosła

Rozpoczynamy tym słynnym cytatem Mickiewicza, bo tutaj już jakby kwiecień. Drzewka wypuściły jasnozielone listowie, słonko świeci, a w falach podtapiają się znowu polscy bodyboarderzy. Temperatura wody zmierzona ręcznie to 17 stopni. Nawet czas nam się przesunął lekko. Teraz 11 godzin różnicy mamy (aż się Polska na zimowy przestawi, wtedy będzie 12 godzin).

Zdołaliśmy złapać jeszcze ostatki zimy na Mount Ruapehu, doskonaląc nasze zjazdy na snowboardzie. Zachwyceni postępami odważyliśmy się zjechać z trasy innej niź ośla łączka. Z trupimi czachami w oczach pokornie zaraz jednak na nią wróciliśmy, bo stromość za duża. Na zdjęciach nasze cool popisy - umiemy zjeżdżać przodem i tyłem do stoku, wyglądać luzacko stojąc z deską oraz napodawać na desce ostre gitarowe rify. Teraz bardzo bolą nas mięśnie. A pyski mamy czerwone od słońca. Au.


sobota, 18 września 2010

Nowa Chata

Dawno nic nie pisaliśmy, bo się przeprowadzaliśmy.

Nowa chałupka leży w części zachodniej miasta, tzn po przeciwnej stronie rzeki niż poprzednia, za to po tej samej co szpital. Mamy do pracy 15 minut (poprzednio 10). Pakowanie tobołków zajęło nam cały tydzień, kolejny tydzień sprzątanie starej chaty. Nareszcie możemy się jednak zrelaksować w nowym lokalu.

Cechy nowego domku:

1). Bycie bliżej wyjazdówki z miasta na Raglan, bliżej centrum sklepowego Te Rapa (Marti szczęśliwa bo ma tam Body Shop i sklep z garnkami)
2). Nieprzemakanie dachu w deszczu, nie-hulanie wiatru po kątach
3). Dalej od uczęszczanej szosy
4). Widok na gąszcz habazi z gościnnie występującymi ptaszynami, brak widoku na okna sąsiada
5). Sufity bez pleśni, za to ogród ze śmieciami (obiecują zasiać trawkę jak przestanie codzień kurna padać).

Podsumowując, mieszka się znacznie przyjemniej. Nie możemy sobie przypomnieć czemu tak długo w poprzednim baraku mieszkaliśmy...

Z innych nowości (teraz będą literki)
a). Martka hoduje w dzbanku kefir zainicjowany grzybkami z saszetki, a teraz żyjący własnym kefirowym życiem. Pycha!
b). Kiwi narzekają, że to najpaskudniejsza zima od lat - bo pada już cały tydzień. Nie byliśmy pod wrażeniem, bo 2 x przymrozki to pikuś. Ale wczoraj napadało gradem! Zdjęcie w galerii.

A teraz czas na dokumentację fotograficzną nowego domu. Kliknąć należy na fotkę, a galeria się ukaże.

Edit: Żeby było jasne, nie kupiliśmy tego domku, dalej wynajmujemy :)

poniedziałek, 23 sierpnia 2010

Mount Ruapehu

Mały przerywnik w zanudzaniu Naszych Czytelnikow milionem zdjęć z letniej Polszy. Dla odmiany - trochę zimy, czyli dwa nieboraki przyczepione do desek przewracają się na śniegu. Narty oboje mamy obcykane (khem khem...), więc aby było wyzwanie, potrzeba było nowej dyscypliny. Padło na snowboard, bo a). jest równie cool co bodyboarding, b). szansa wywichnięcia se kolana mniejsza c). sanki są zbyt passe i nie zrywają beretu.

W samym centrum Wyspy Północnej Nowej Zelandii znajduje się duży wulkaniczny 'cycek' o wysokości 2700 metrów, na którym w zimie jest śnieg. Nazywa się Mount Ruapehu. Na tym śniegu zmontowano całkiem sprawnie zorganizowane trasy zjazdowe dla narciarzy, snowbordziarzy i saneczkarzy. Dodatkowo w każdym kiblu wiszą instrukcje co robić w razie erupcji wulkanicznej ("Duck and cover!").

Dojazd zajął nam z Hamiltonu ok. 2 h 40 min. Na miejscu wykupiliśmy karnecik na oślą łączkę, czyli 'Happy Valley' i wynajęliśmy sprzęt snowboardowy (hełm kosmonauty, śmierdzące botki, dechę w dechę, i usztywniacze nadgarstków, coby nam się nie złamały). Wykupiliśmy również lekcję u pana, co nam powiedział jak się zatrzymywać.

Na zdjęciach można podziwiać nasze pierwsze wyczyny: jazda powoli do przodu, jazda trochę szybciej do przodu, przewracanie się w panice, siedzenie na wyciągu.

sobota, 21 sierpnia 2010

Woda, zamki i hulanki w Małopolsce

Kolejna porcja zdjęć z naszej wyprawy do Ziemi Ojczystej. Wraz z Ziemowitem i Anetą dotarliśmy w przyjemnie klimatyzowanym schronie na Żywiecczyznę, a potem aż het nad Zalew Czorsztyński. Tam w cieniu pradawnych zamków oddawaliśmy się pluskaniu i odpoczywaniu. Zaliczyliśmy również spływ Dunajcem, którego głównymi atrakcjami były ładne widoczki, gburowaci flisacy i boląca od twardej ławki dupa. W ramach aktywnego spędzania czasu wspięliśmy się następnie na położoną na Słowacji Bardzo Wysoką Górę "Lomnický štít" (przy pomocy kolejki linowej - bo frajerzy nie jesteśmy!).

Tadek wypróbowywał swój najnowszy prezent - teleobiektyw. Ściągał nim co dalsze obiekty i ludzi. Pełna dokumentacja ujawi się po kliknięciu na poniższe obrazki (zdjęć jest aż 62, z czego najładniejsze na końcu :D).

sobota, 7 sierpnia 2010

Hong Kong Pękł

Nasz pobyt w Polsce minął jak z bicza strzelił... super było zobaczyć Was wszystkich :) dziękujemy też za wyrozumiałość w naszych trudnościach organizacyjnych. Czasu niby było dużo, ale tak naprawdę mało i nie wszystkie plany udało się zrealizować.

Tymczasem musimy zacząć zamęczać znowu naszych Drogich Czytelników relacją zdjęciową. Jest tego bardzo dużo, więc danie serwować będziemy mniejszymi porcjami.

Na początek nasza wizyta w Hong Kongu. Zatrzymaliśmy się tam przelotem z Nowej Zelandii. Po 10-cio godzinnym locie mieliśmy bowiem jakies 7 godzin przerwy przed kolejnym lotem do Frankfurtu. Na szczęście na polskim paszporcie można dostać na gębę turystyczną 90-cio dniową wizę przy wejściu. Zwiedziliśmy jedynie mały kawałek tej ponad 6-cio milionowej metropolii, jako że w tle mieliśmy cwany plan zakupu osprzętu fotograficznego po okazyjnej cenie (w sklepiku w Mong Kok). Plany niestety nie zrealizowane, bo ku naszemu zaskoczeniu, ceny dla turysty były wyższe nawet niż w Polsce. Ale wrażenia z wycieczki spore.

niedziela, 27 czerwca 2010

Zacmienie

Wczoraj mozna bylo zobaczyc czesciowe zacmienie ksiezyca. Marta niestety robila nocki i nie mogla podziwiac tego zjawiska. Zrobilem wiec dla niej zdjecie, coby uwierzyla ze cos takiego naprawde sie zdarzylo :)

Niestety z powodu niedoborow sprzetowych (brak teleobiektywu) zdjecie jest marnej jakosci ale po raz pierwszy udalo mi sie w miare poprawnie naswietlic ksiezyc. W zenicie(?) zacmienia przesloniete bylo jakies 40-50% tarczy ksiezyca. Pstrykanie zdjec znudzilo mi sie jednak duzo wczesniej totez u mnie widac jedynie 20-30%-towe zaciemnienie.

środa, 9 czerwca 2010

Pedałowanie w pianie

Kolejna wycieczka plażowo-rowerowa - głównie dlatego, że na stronce z prognozą dla surferów zapowiadali nieuporządkowane fale na 7 stóp i nie dałoby się ślizgać. Z uporem maniaka testowaliśmy więc ile wody z solą potrzeba do przerdzewienia naszych łańcuchów. Na razie łańcuchy się trzymają.

Dawno nie było zdjęć rowerowych, co nie? No to są. Wimy, że w kółko powtarzamy i Raglan i rowery :D Ale fotki wyszły pikne!!!

czwartek, 3 czerwca 2010

Czerwiec = Grudzień

Ostatni brak wpisów zwalamy oficjalnie na harówę w pracy (zestawik nocek tu, weekendzik tam) oraz na krótkość dnia zimowego. Jako że czerwiec tutejszy odpowiada grudniowi na półkuli północnej, posmakowaliśmy już nowozelandzkiej wczesnej zimy. Jak na razie bez tragedii. Padać - pada, ale sporo jest też słonecznych dni, które są dość ciepłe. Roślinność jest w kratkę: połowa drzew udaje, że zima i jest łysa, druga połowa nie wie o co kaman i kwitnie wielkimi kwiatami (pewnie lokalesi). Paprocie bez zmian. Ptaszyska dalej kwilą bez zmian. Jak na razie nie jesteśmy tą zimą przerażeni. Poranne mgły są bardzo malownicze, no ale jeszcze zobaczymy, bo ponoć czerwiec i lipiec najgoszy.

Co u nas słychać:

1. Marti zaczęła swoją 3-miesięczną przygodę na ginekologii i położnictwie. Od początku przydało jej się doświadczenie z interny, bo ginekolodzy EKG czytają do góry nogami.

2. W dni ładne kontynuowaliśmy treningi na naszych deskach. Deski mamy nowe i są one jeszcze bardziej cool niż te z czaszkami. Nowe triki: potrafimy już łapać fale przed ich załamaniem, co daje nam +5 do respektu wśród społeczności w Raglan. Nowe deski to kolejne +5 do respektu, więc jesteśmy coraz wyżej w hierarchii.

3. W dni brzydkie wylegujemy się w domu, albo wychodzimy "na sklepy". Odwiedziliśmy w Auckland centrum handlowe Sylvia Park, które zaspokoiło naszą tęsknotę za cywilizacją (odpowiednik Centrum Magnolia, w Hamilton mamy tylko mini Galerię Dominikańską).

Na koniec dla zilustrowania klimatu NZ na przełomie maja i czerwca - zdjęcie z Raglan z weekendu 2 tyg temu, oraz zdjęcie z Hamilton z wczoraj (zdjęcia robione komórką w słoneczne dni).

piątek, 7 maja 2010

Niepolska złota jesień

Oto nasze dalsze treningi na rowerogórskiej trasie wzdłuż rzeki Waikato. Paprotki nie chcą wyglądać jesiennie, ale na szczęście zasiało się tu parę importowanych drzew z Europy i mają fajne jesienne kolorki. Spotkalismy też sporo czerwonych muchomorów i maślanych maślaków. Śpiewali ptacy. A ludziów zero (no, oprócz tych wariatów na rzece).

Zdjęcia łączone z dwóch wycieczek.