Pierwszą atrakcją był Most Naturalny, który powstał w dolinie małej rzeczki (i chyba kiedyś był jaskinią...). Oprócz robiącego wrażenie łuku skalnego mieliśmy okazję podziwiać też kiwi-krowy.
Następnym przystankiem był wodospad Marokopa. Duch przygody kazał nam zejść z punktu widokowego aż nad rzekę, pod wodospad. Mgiełka natychmiast przemoczyła nas do suchej nitki, ale było warto (i przyjemnie chłodno). Tadzio dzielnie pracował nad panoramą okolicy, a Marti obglądała roślinność (tutaj na korze drzew rośnie zawsze kolejna warstwa roślin!).
Na koniec czekała nas 30 kilometrowa wyprawa rowerowa nad ocean do miasteczka Marokopa. Niestety nad wodę się nie dostaliśmy, bo do plaży nie było drogi - a pchanie rowerów taki kawał po piachu nie wyglądało na dobry pomysł. Zadowoliliśmy się lodami w miejscowym sklepie spożywczo-przemysłowym. W drodze powrotnej Marti padła i Tadzio musiał wrócić po nią później samochodem. Ale zdąrzyłam w tym czasie podrażnić byczki.
Kliknij na jedno ze zdjęć, aby przejść do galerii:
Tadziu te twoje HDRy przepiękne. Wszystko na nich takie....takie Disneyowskie. Na trzecim zdjęciu Marti wygląda jak Tomb Rider, wykapana Angelina ;). Krowiszcza przesłodkie. Chyba sobie od was ukradnę jedno krówsko i zrobię z niego tapetę na desktop, oczywiście jak pozwolicie, bo pewnie "All rights reserved" hehe.
OdpowiedzUsuń