W szpitalu fajnie jest. Dostajemy talony na darmowe zarcie za 20 NZ$ na dzien. Do wyboru salatki, owocki, suszi, kanapki, 3 potrawy cieple na szybko, hamburgery i tosty na zamowienie. Darmowa kawa i herbata z automatu. Kantyna szpitalna ma taras z widokiem na jezioro gdzie mozna dystyngowanie zasiasc przy plastikowych stoliczkach i spogladac na swiat z gory.

W szpitalu sa tez liczne windy. Marti ich nie lubi, bo przyspieszaja i hamuja z dosc duza sila i kreci sie jej zawsze w glowie. Ostatnio bardzo sie zdenerwowala, bo wsiadla do windy z Maoryska kobita i Maoryskim bahorem, ktory powciskal radosnie wszystkie klawisze od pietra 1 do 9 (a na 9 Marta jechala). Kobita zmieszala sie przez chwile, ale zaraz powiedziala "Oh, whatever, we get out here anyway" po czym wysiedli na 3cim. A Martka przez nastepne 6 pieter dostawala nudnosci ~____~ Kia ora.
Jezeli chodzi o sama prace to jest jak na razie sympatycznie. Teoretycznie pracujemy do 16:00 ale jeszcze sie wyjsc rowno nie zdarzylo.
Pracy duzo, jak to w szpitalu, ale do ogarniecia. Marti ma na Pediatrii teraz ciagle sezon kaszlaco-smarkajacy, bo przeciez dopiero konczy sie zima.
Wiele skupienia wymaga tez nie raz zrozumienie ze "Biid" to bed, a "Tiin" to ten. Na szczescie wiekszosc lekarzy to nie-Kiwi, wiec z nimi dogadac sie latwiej :D
Ciekawe kiedy sami zaczniemy tak z kiwuska zaciagac.