poniedziałek, 22 lutego 2010

Bodyboarding

Po ciężkich przejściach w szkole surfowania (Raglan we wrześniu) postanowiliśmy spróbować surfingu dla leszczy, czyli body boarding'u (tzw. boogie boarding). Zabawa polega na tym samym co surfing, ale deska jest mniejsza i lżejsza, a cielsko leży wygodnie na niej, zamiast się podnosić i stać. Leżeć to my umiemy - więc nie powinno być problemu!

Zaczęliśmy od zakupu wypaśnych desek z przeceny. Obowiązkowa czacha i napis 'No Fear' dodawał nam odwagi i utwierdzał nas w słusznym przekonaniu, że wyglądamy dosko. Potrzebne były też małe płetwy. W nich wyglądaliśmy już trochę mniej czadowo.

Na plaży roiło się od surferów. Koło nas rozłożył się też dziadek zmarszczak ze swoją mniej wypaśną boogie-deską (bez czachy). Przy pierwszym podejściu Tadkowi udało się złapać niezłą falę, a Marcie wlało się morze do nosa. Za drugim razem było już lepiej. Parę razy fala poniosła nas aż na brzeg, a my piszczeliśmy z uciechy wywołując pełne politowania spojrzenia "prawdziwych surferów". Buraki.

Teraz mamy zakwasy w miejscach gdzie oficjalnie nie ma mięśni.

Na zdjęciach dokumentacja akcji - kliknij aby przejść do większej galerii.

2 komentarze:

  1. Wow! No to teraz zazdroszcze na maksa.... nie potrzebują tam może w tej Nowej Zelandii lekarzy rodzinnych? ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. GPsow tutaj potrzebuja bardzo - zwlaszcza plci zenskiej. Nie wiem do konca czemu ale tak ponoc jest. Marta mowi zebys koniecznie przyjechala to razem zalozycie practice - Marta&Marta :) haha

    BTW: dzieki za nowe ploty :D

    OdpowiedzUsuń