czwartek, 1 stycznia 2015

Rejs na Kawau Island

Lato u nas w pełni. Święta Bożego Narodzenia są tu w Nowej Zelandii zawsze trochę dziwne. Nie mają klimatu jak w Polsce, słońce świeci, gorąco, nikomu nie chce się za dużo czasu spędzać na pichceniu w kuchni, kiedy za oknem tak ładnie. Na szczęście już kolejny rok umawiamy się ze znajomymi na wspólną Wigilię, więc każdy przygotowuje tylko parę rzeczy i nie namęczy się zbytnio. Dzięki temu mogliśmy wykorzystać przedświąteczne dni na kolejną wyprawę. Akurat Tadek miał parę dni wolnego z pracy a pogoda zapowiadała się idealnie - wiaterek lekki i zero deszczu.

Postanowiliśmy wybrać się na parodniowy rejs z noclegami na łódce. Zaopatrzyliśmy się w dużą ilość prowiantu, benzyny do motorka (jakby nam nie szło żeglowanie) i śpiworki. Nasz cel to Kawau Island - wysepka na północ od Auckland, jakieś 60 km od naszej mariny. Pierwszego dnia nie udało nam się jednak do niej dotrzeć, bo wiatr nie chciał być taki jak w prognozach i wiał nie w tą stronę co trzeba. Nasza próba zakotwiczenia się na noc przy Tiritiri Matangi Island zakończyła się przygodami - najpierw cofając się wkręciliśmy linę od pontonu w śrubę napędową (bo zapomnieliśmy ją skrócić). Tadek musiał zanurkować, żeby uwolnić nasz motorek. Zaraz potem okazało się, że kotwica nie trzyma i nasza łódka kieruje się ku pobliskim skałkom. Na szczęście silnik odpalił. Ale widmo pływania po nieznanych wodach nocą trochę nas nastraszyło (no dobra, głównie Martkę, bo ona szczur lądowy). Udało się nam jednak skontaktować z niedaleką mariną na lądzie i znalazło się dla nas miejsce w przystani. Dotarliśmy przed zachodem słońca i prawie w nic nie przywaliliśmy podczas parkowania. Oprócz najechania dziobem na pomost. Tak leciutko. W marinie było bardzo kulturalnie - restauracyjki, prysznice. Monisia była zachwycona nocowaniem na łódce.

Na drugi dzień kontynuowaliśmy naszą podróż w stronę wyspy Kawau. Jest na niej stary dom-muzeum po jednym z dawnych gubernatorów Nowej Zelandii, z bardzo malowniczym ogrodem. Na wyspie jest też mnóstwo ptaków, w tym oswojone pawie i wielkie, tłuste zielone gołębie leśne kereru. Zacumowaliśmy w Mansion House Bay (tym razem kotwica zadziałała) pośród kilkunastu innych łódek. Desant był udany - zjedliśmy sobie kanapeczki w miłym plenerze, zrobiliśmy mały spacerek po lesie i pobawiliśmy się na plaży. Kolację zjedliśmy na wodzie w promieniach zachodzącego słońca. Na trzeci dzień musieliśmy już wracać do naszego portu. Jako że wiatr ucichł, musieliśmy przeobrazić się w motorówkę lekko tylko wspomaganą żaglem. Dotarliśmy do mariny wieczorem.

Poniżej dokumentacja fotograficzna.

1 komentarz:

  1. Jak zwykle - miło poczytać, pooglądać, pomarzyć. :) Pozdro!

    OdpowiedzUsuń