To była nasza druga wizyta w Wellington. Wszystko z okazji kursu p.t. "Nie wiadomo o co chodzi - dla chirurgów", na który udał się Tadek zabierając dla towarzystwa Martkę. Kiedy on liczył róźniczki na kalkulatorze, Marti ukulturalniała się zwiedzając Muzeum Narodowe Te Papa. Trzymają tam wypchane zwierzaki, maoryskie łodzie (ale głównie rekonstrukcje, bo oryginały chyba zajeździli na amen), maoryskie ozdupki z nefrytu i oryginał traktatu z Waitangi, uznawanego za początek dzisiejszej Nowej Zelandii i budzącego do dziś sporo kontrowersji ze względu na różne interpretacje Maorysów i Białasów. Najfajniejszy był jednak ogromny kalmar długości 4.2 metra, którego kiwusi zalali jakąś parafiną i trzymają na wystawie. Był dość obrzydliwieńki, dlatego Martka zakupiła pluszową wersję aby zatrzeć niemiłe wspomnienia.
W drodze powrotnej do Hamiltonu skręciliśmy w kierunku rejonu Taranaki, który od dawna chcieliśmy juz odwiedzić ze względu na sterczący w jego centrum ogromny wulkan - Mount Egmont (Mount Taranaki). Na zdjęciach satelitarnych stożek wulkanu ma idealnie kolisty kształt i tworzy wokół siebie płaski kolisty półwysep. Udało nam się wspiąć spory kawałek, jednak Marti trochę wymiękła i na sam szczyt (2518 m. n.p.m.) nie dotarliśmy. Górka robi jednak niezłe wrażenie wznosząc się nad równinami. Szczyt był już ładnie ośnieżony, niczym posypany cukrem pudrem. Ponoć wulkan jest aktywny, lecz "uśpiony", więc wybucha popiołami zaledwie co 90, a lawą co 500 lat. Teraz na szczęście siedzi cicho i nic nam się na włosy nie posypało.
Zapraszamy tradycyjnie do galerii przez kliknięcie na które-bądź zdjęcie:
Jedno co po tym postem mogę napisać to... że macie tam zajebiste fale :D
OdpowiedzUsuńi zacny brzuszek;) buziale
OdpowiedzUsuń