Z rana przyjechali panowie zwani Jim i Lee, młode angolskie chłopki roztropki. Ciężarówa zablokowała ładnie ulicę i sięgała wysoko w gałęzie drzewne. Przez 4 i pół godziny zasuwali jak mrówki ładując wszystko co wpadło im w łapy do kartonowych pudeł. Martka uwijała się między piętrami chwytając w ostatniej chwili rzeczy, które nie mają płynąć statkiem. Tadek zaś schował się i udawał, że rozkręca szafkę, aż się trochę mniej strasznie zrobiło i chaos wydawał się mniejszy :D Potem oboje już równolegle z chłopkami szykowaliśmy w pośpiechu nieprzygotowane rzeczy.
Równolegle udało nam się też opchnąć łóżko, regalik i podkaszarkę zaprzyjaźnionym (z ebay'a) Malezyjczykom.

Wyszło z tego pakowania 60 pudeł. Wszystko inne albo sprzedane, albo w walizce z nami jedzie, albo pójdzie w małym pudełku DHL'em. Albo do kubła trafi.


A my teraz bierzemy się za dalszą część naszego Wspaniałego i Niezawodnego Planu. Czyli szorujemy chatę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz